Obudziłam się w swoim łóżku obok Deana. Kiedy tu trafiłam i dlaczego nie pamiętam ostatniego wieczoru? Na pewno nic nie piłam, miałabym kaca.
Bezszelestnie wyszłam i poszłam do garażu ojca wygrzebać z jego szuflad na narzędzia itp jakiś wskazówek. Gdzie on może być? Gdzie wskazówki które powinien dawno zostawić? Myśl Emilie, myśl...
Nagle przyszła mi do głowy mama. Gdzie się podziewa?
Nic nie mogłam znaleźć. Wszelkie wskazówki musiały być umieszczone w taki sposób, bym sama musiała do nich dojść. Muszę pomyśleć.
Weszłam do środka, a tam czekał już Dean. Uśmiechnęłam się a gdy drzwi za moimi plecami trzasnęły spojrzał się na mnie.
-Dobry. - poszłam w jego stronę.
W dłoni trzymał kartkę papieru, było na niej coś napisane. Rzuciłam się na nią i wyrwałam mu z dłoni kawałek kartki. Przeczytałam liścik od mamy.
-Twoja mama widocznie nas nie widziała.
-To nie jej pismo. - powiedziałam nie wierząc własnym oczom.
-Jesteś pewna? - spoważniał.
-Na pewno to nie moja mama pisała. Nigdy nawet nie robiła takich akcji z liścikami na lodówce.
-Ktoś uprowadził twoich rodziców?
-Najwyraźniej to Klaus.
-Nie wydaje mi się, żeby to był on. To nie w jego stylu.
-A więc kto?
-Nie wiem. - westchnął zrezygnowany Dean.
-Wiedziałam, że chwila oddechu źle mi zrobi.
-Nie twoja wina, że giną ludzie...
-To jest moja rodzina. Przez moją głupotę i nie zainteresowanie się siostrą ona zaginęła...
-Emilie... ona nie żyje...
-Nie prawda. - zaprzeczyłam. - Wierzę dalej, że ona żyje. Jest córką anioła do cholery, nie wydaje ci się dziwne, że od tak odeszła?
-Sprzedała duszę...
-A więc jest gdzieś w piekle. Pójdę po nią sama a Crowley'a...
-Pamiętaj, nie walcz z nim. Wykończy ciebie a potem Sama.
Wzięłam głęboki wdech.
-Klaus coś musi wiedzieć.
-O twoich rodzicach? Mówię ci, że nie ma z tym nic wspólnego...
-Po co się mnie przyczepił? Po to by zemścić się na tobie? Wie kim dla ciebie jestem? O ile kimś w ogóle dla ciebie jestem? - spytałam oschle. - Przepraszam... ostatnio... bardzo się zmieniłam...
-Zauważyłem. Czemu?
-Radzę sobie z tym wszystkim jako taka osoba. Lepiej mi. Nie drążmy tematu, jedziesz ze mną?
-Wsiadaj do samochodu.
-Do mojego i ja prowadzę...
-Żartujesz? - parsknął i poszedł do impali a ja za nim.
Aiden poszedł na pierwszy ogień. Sprawdzało się to w każdej sytuacji. Wszedł na posesję Klausa i wywęszył coś. Krążył wkoło a potem machał ogonem, obejrzał się na nas stojących za drzewami. Zacisnęłam pistolet w dłoni i skinęłam głową do Deana, że możemy się ruszać.
-Wierzysz psu?! - zdziwił się. - Może po prostu chce kość albo coś?
-Nie żartuj sobie ze mnie, to mądry pies. Zobaczysz, że nie raz się przyda.
-Ta, uważaj, bo uwierzę.
-Wchodzę pierwsza.
-O nie...
-Jak zobaczy mnie samą będzie lepiej. Zacznie się coś dziać wtedy wejdziesz...
-Nie ma mowy!
Mówiliśmy szeptem. Nie mógł nikt nas usłyszeć. Aiden czekał i machał ogonem, to oznaczało, że nikt się nie zbliża i nas nie słyszy.
-Zostań tu! - nakazałam.
Poszłam powoli w stronę drzwi chowając pistolet.
-Słucham się baby, co ja robię? - usłyszałam głos Deana za plecami.
-Palant. - mruknęłam pod nosem i zapukałam do drzwi. - Weź Aidena.
-On mnie chyba nie posłucha...
-Szybko, bo Klaus zauważy!
Aiden zawarczał cicho. To oznacza, że Klaus jest blisko drzwi. Dean zawołał psa i poszli za dom, a ja zostałam sama. Czułam się pewnie, nie stresowałam się spotkania z Klausem.
-A jednak przyszłaś...
-Co wiesz o zaginięciu mojej matki i ojca?
-A co mnie do tego słonko? - spytał zamykając drzwi na klucz.
Nie bałam się. Prowadziłam rozmowę dalej.
-Bo tylko ty masz coś do mnie.
-Pamiętasz psychola, który chciał cię oskalpować? To ja. Przyjąłem wiele wcieleń... to podobało mi się najbardziej. Urocze, jak Dean za każdym razem ratuje ci tyłek, nie sądzisz? Widocznie... jesteś dla niego bardzo ważna... a to nowość w jego przypadku.
-Czego chcesz?
-Może zemsty... może po prostu wychodząc znów z piekła, spuszczony z łańcuchów, na polecenie samego Lucyfera odwiedziłem jego córkę sprawdzając co u niej? Wszystko co się dzieje robię ja, albo on. Rozumiesz teraz?
-On ma moich rodziców... - wydusiłam z siebie.
-Odłożysz broń to powiem więcej.
Skąd wiedział...?
No tak, przecież mnie uczył. Zna moje ruchy, mój styl walki, tok myślenia.
Położyłam na stół dwa pistolety. Uśmiechnął się.
-Więcej nie masz? - spytał. - Super, a więc się zabawimy... - wycelował we mnie i chciał strzelić, ale Dean wszedł w samą porę.
Zaczął w niego strzelać a on po prostu zniknął.
Stałam za ścianą, spojrzałam w stronę gdzie stał Dean. Wiedziałam, że na razie mam się nie ruszać. Mógł tu być.
Dean obserwował reakcje Aidena. Pies był niespokojny, czyli on nadal tu był. Dean skinął delikatnie głową, wyszłam powoli i gdy przekroczyliśmy próg domu kazał mi wsiąść do samochodu.
-Mówiłem, głupi pomysł. - powiedział szybko wciskając pedał gazu.
Po chwili milczenia wolałam zmienić temat.
-Nie naprawisz swojej kochanki?
-Mam taki zamiar, ale ostatnio nie mam czasu. Są rzeczy ważne i ważniejsze. - spojrzał na mnie.
-Ach, rozumiem. Praca dla Crowley'a?
-Em...
-Wie, że mi pomagasz? Wie, że chcę go zamordować? Dlatego nie ma żadnego wejścia do piekła? Boi się czy nie ma ochoty ścierać szczątków ze swojej sali tronowej?
-Dowiem się o Gabi... na razie proszę, zostaw to.
-Wysadź mnie tu. - poprosiłam.
-Obraziłaś się czy co?
-Nie! Po prostu wpadnę do znajomej.
Spojrzał na mnie podejrzanie.
-No zaufaj mi. Tylko musisz się zaopiekować przez czas mojej nieobecności Aidenem. Ale przysięgam, coś mu się stanie to oderwę Ci łeb.
-Rozumiem, rozumiem. Ale jak mi zarzyga samochód... albo zasra...
-Tylko spróbuj. - zmierzyłam go wiedząc, co ma na myśli.
-Myślisz, że cię posłucham? - parsknął.
Uniosłam brwi.
-Zobaczymy.
-Wkurzasz mnie.
-Ty mnie też. - szepnęłam. - Jeszcze jak.
Zbliżyłam się do niego i pocałowałam go delikatnie w policzek.
-Tylko tyle masz do powiedzenia? - spytał zaskoczony minimalizmem w ostatnich pocałunkach.
-Jak coś chcesz, to na to musisz zasłużyć.
-A nie zasłużyłem?! Ratuję ci tyłek cały czas...
-Ale ja o to nie proszę, to raz... a dwa... doskonale wiesz, że mam do ciebie słabość. - powiedziałam głosem małej dziewczynki.
-Gdybyś ją miała już dawno byś mnie pocałowała.
-A może po prostu... powstrzymuję tą słabość bo nie jestem taka łatwa i chcę żebyś sam zaczął cokolwiek robić w moim kierunku? - spojrzałam mu w oczy ze złośliwym uśmieszkiem i poszłam odwiedzić Nathalie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz