niedziela, 5 czerwca 2016

Od Emilie

  Od czasu gdy padła mi bateria w telefonie nie miałam kontaktu z rzeczywistością. Po prostu odkąd przyjechałam siedziałam w domu i sprzątałam, analizowałam to, co się mogło wydarzyć a także z czym walczył mój ojciec. Nie było śladów zadrapań, sierści, co wskazywało by na wilkołaka, a w tych okolicach jest ich sporo, można stwierdzić nawet, że cała wataha.
  Dziwnie czułam się zmywając mopem krew z paneli w salonie i kuchni, która mam nadzieje nie należała do mojego ojca. Gdy było po wszystkim odetchnęłam odkładając mop na bok. Krew była już zaschnięta, czyli musiało się to wydarzyć dosyć dawno.
  Usłyszałam dzwonek do drzwi, złapałam za pistolet nie wyjmując go, powoli podchodząc do drzwi. Zatrzymałam się, gdy pukanie ustało i usłyszałam kroki ze schodów. Potem cisza. Wyjrzałam przez wizjer, zobaczyłam... Amy!
  Wybiegłam za nią, krzyknęłam jej imię i padłam jej w ramiona.
-Myślałaś, że cię zostawię... - mruknęła.
-Co tu robisz?
-Nie jestem głupia. - parsknęła. - Wiem doskonale, że szukasz ojca.
-Skąd to wiesz? Tu jest niebezpiecznie, mój ojciec prawdopodobnie został zaatakowany i porwany...
-Dlatego jestem tu i ci pomogę. A przysięgam, że nie pożałujesz. - uśmiechnęła się. - Jechałam za tobą, po drodze się zgubiłam ale spytałam o linię domków wypoczynkowych, w sklepie powiedziano mi, że tu jest jakiś, a gdy zobaczyłam rejestrację twojego auta od razu mnie olśniło i zapukałam... ale jak nie otwierałaś pomyślałam, że się pomyliłam...
-Chodź do środka, robi się zimno. - pociągnęłam ją za rękę i poszłyśmy do domu.
  Aiden dziwnie się zachowywał. Chował się pod schody, do pokoi, pod biurka... nie mogłam stwierdzić co tak właściwie mu dolega. Przeniosłam do pokoju na górze jego miski z jedzeniem i piciem. Zeszłam do Amy i wtuliłam się w nią.
-Co się stało? - spytała spokojnie, czule mnie obejmując.
-Nie radzę sobie z tym... z zaginięciem siostry i ojca... Nie wiem co robić, gdzie szukać... zmyłam dzisiaj z podłogi czyjąś krew... Nawet nie domyłam jej jeszcze w kuchni do końca...
-Co? Jak to krew?
-Mówiłam Ci, że to był atak, tylko nie wiem z czyjej strony...
-Trzeba zadzwonić na policję, Emilie.
-Nie. Sama to rozwiążę.
-Sama będziesz walczyć z nie wiadomo jakim psycholem?
-To skomplikowane. - odparłam.
  Ciężko było mi powstrzymać potok słów tak, by Amy nie dowiedziała się o tym chorym świecie. Musi wiedzieć jak najmniej osób. Przynajmniej nie moja przyjaciółka.
-Zrobię nam coś do jedzenia. - westchnęła delikatnie mnie od siebie odsuwając. - Jakieś życzenia?
  Skierowała się do kuchni, a gdy zdałam sobie sprawę, że widok krwi może się jej nie spodobać ruszyłam z kanapy i stanęłam przed nią, ale... z nią działo się coś dziwnego.
  Oczy miała szeroko otwarte, dyszała ciężko, widoczne były szerzące się czarne, mroczne żyły na policzkach przyjaciółki. Szeptała słowo ''krew'', tak w kółko i w kółko. Zaczęła dziwnie dyszeć, przerodziło się to w lekkie syczenie, potem wysunęły jej się kły.
  Byłam zupełnie zaskoczona, ale teraz wolałam nie myśleć jak to się stało. Musiałam ją uspokoić, potem domagać się wyjaśnień. W przeciwnym razie rozniesie dom, a przy okazji zabije mnie. Bo ja na pewno nie wymierzę w nią spluwą.
-Amy, słuchaj... to jest krew. Tylko krew na podłodze. Musisz walczyć, rozumiesz? Zwalcz to.
-Nie... nie mogę... Nie dam... rady... - wycedziła przez zęby.
-Właśnie, że dasz! Zrób to dla mnie, pomogę ci przecież. Nie zostawię cię i pomogę to zwalczyć...
-Nie wiesz czym... czym jestem...
-Wiem. Jesteś wampirem. Wiem do czego jest w stanie zmusić cię głód, ale obiecuję, że jeśli teraz zawalczysz z tym dalej pomogę ci. Jak tylko będę mogła... Proszę, zwalcz to...
  Amy powoli oddychała patrząc na krew na podłodze, zaczynała normalnieć.
  Gdy uspokoiła się, kompletnie zmęczona padła mi w ramiona. Poczułam coś mokrego na swoim ramieniu. Cicho płakała. Była przerażona, nie mogła sobie z tym poradzić. Nie miałam pojęcia przez co właśnie przechodzi, ale wiem, że to musi być ciężkie. Boi się, przyjechała tu nie tylko ze względu pomocy mi, ale również prosiła tym samym o pomoc bo sama nie daje sobie z tym rady.
-Już dobrze, już dobrze... Usiądź w salonie, zrobię coś do jedzenia ale najpierw sprzątnę to...
  Wykonała prośbę, położyła się na kanapie i wpatrywała ślepo w sufit. Zrobiłam jej kilka kanapek i podałam talerz na stolik obok niej, podniosła się powoli i zaczęła w końcu jeść. Zrobiłam jej również herbatę, a następnie jak najszybciej zmyłam krew z podłogi. Ciężko było mi to robić, ale przecież nie miałam wyjścia. To sprawiało jej ból, musiała walczyć z czymś, co nią od teraz zaczęło kierować. Pragnienie związane z krwią człowieka to najgorsza rzecz, dziwne, że ja jej nie kuszę, przecież moja krew to taka jak każda inna...
-Porozmawiamy? - spytałam wchodząc do salonu.
-Chyba musimy. - westchnęła słabo i wyszłyśmy na świeże powietrze.
  Usiadłyśmy przed domem na lekko zarośniętym mchem schodkach. Amy wzięła źdźbło trawy i zaczęła je powoli obrywać. Spojrzałam na nią, wyprostowałam się i czekałam, aż coś powie, ale wygląda na to, że ja musiałam zacząć zadawać pytania.
-Kto Ci to zrobił? - spytałam tak, jakbym chciała zabić winowajcę.
  I wprawdzie tak było.
-Powiedz mi kto to był.
  Zastanawiała się. Minęło parę minut zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
-To było... gdy wyjechałaś. Zaczęły dziać się dziwne rzeczy... Nathalie wyjechała z Michem do New Yorku... mówiła, że musi zacząć tam studia, kto studiuje w New Yorku? - zaśmiała się nerwowo i spojrzała na mnie. Spoważniała. - Wtedy zauważyłam, że jest coś jeszcze... Mówiła, że Mich ją wręcz namawia na wyjazd, na przeprowadzkę...
-A co to ma do rzeczy? - zdziwiłam się. - Przecież Mich to dobry facet, nigdy nie zrobiłby czegoś, co zaszkodziłoby Nathalie.
-Właśnie w tym rzecz, Em. Bo... zjawił się ktoś... wysoki, ciemny blondyn z kilkudniowym zarostem... Pytał nieustannie o miejsce Twojego pobytu, groził, że odwiedzi Twoją matkę i ja o to spyta... powiedziałam fałszywą nazwę miasta, nawet nie pamiętam... po prostu... musiałam zabezpieczyć twoją mamę... stwierdziłam, że najlepszym pomysłem będzie wysłanie ją do mojej mamy do Bułgarii, znają się od lat a dobrze by było gdyby spędziła z nią czas... odstresuje się, tak myślałam... No i... kluczowy moment nadchodzi kiedy zaczęłam martwić się o siebie, czułam, że ktoś mnie obserwuje... ale wiesz, znasz mnie... faceci, seks, alkohol i wieczne imprezy umiały mnie odciągnąć od tego syfu... zostałam sama, bez przyjaciółek, jedna z mężem w New York a druga gdzieś na poszukiwaniu ojca... Na jednej z imprez... wypiłam zbyt dużo, za wiele wymieszałam... poczułam... lodowatą dłoń na swoim ramieniu, potem... zauważyłam czarne oczy, facet wyglądał jakby się palił czarnym ogniem, czułam od niego zło, dziwną siłę... mroczną... jego dotyk bolał, ale gdy zaczął mnie całować i przeszedł do szyi ugryzł mnie, czułam, jakby dwie, monstrualnie grube igły wsunęły mi się prosto w tętnicę, najpierw ssały krew, czułam, że słabnę... Potem zaś coś do mnie wpływało, coś ciepłego... Następnie straciłam przytomność, otworzyłam oczy i leżałam w swoim pokoju, w swojej piżamie i swojej ciepłej pościeli... Ale gdy spojrzałam w lustro... ujrzałam te ugryzienia, dotarło do mnie, że to nie jest sen...
-A czy pamiętasz tego faceta?
-Nic nie pamiętam z jego wyglądu... był dziwny... od początku... mówił twoje imię...
-Moje? - zdziwiłam się jeszcze bardziej. - A... ehm... zrobiłaś coś... złego?
-Chodzi o wypicie z kogoś krwi? Nie, do tego nie doszło. Gdy pierwszy raz, jak pomagałam tacie w kuchni... - zamilkła.
-Co się stało...? Mów. - poprosiłam, kładąc dłoń na jej ramieniu.
  Spuściła wzrok w trawę i ciężko nabrała powietrza.
-Tata kroił mięso... pierś z kurczaka... w pewnym momencie się zaciął, poczułam tę słodką woń... metaliczny zapach... zamarłam, poprosił, bym podała plaster... uciekłam do łazienki w takim tempie, że na pewno się zorientował... Uciekłam tutaj... zostawiłam tylko kartkę, że wrócę niebawem... ale ja nie mogę... - zaczęła płakać, a ja ją przytuliłam.
-Będzie dobrze. Pomogę ci... i wiem, kto Cię skrzywdził, jego też zabiję.
-Najpierw... - odsunęła się i starła łzy. - pomogę Tobie, okej?
-Co masz na myśli?
-Zrobiło się chłodno, ubierzmy się cieplej, pójdziemy do domków niedaleko, ten jest strasznie z dala od cywilizacji. - zamarudziła i podała mi rękę.

  Szłyśmy lasem szukając jakiegokolwiek domku. Po piętnastominutowym marszu spotkałyśmy dwoje starszych ludzi. Uśmiechnęłam się i popytałam o Thomasa Clarke'a, mężczyzna dziwnie się zachowywał. Zesztywniał, zakłopotany uciekał wzrokiem.
-Wiedzą państwo gdzie mógłby teraz być? Widzieliście go? - spytała Amy.
-Widziałam go wczoraj wieczorem, był cały w błocie, trudno nie zauważyć takiego człowieka. - kobieta uśmiechnęła się słabo.
-Gdzie go pani widziała? - spytałam denerwując się coraz bardziej.
-W barze Clintona, jest zaraz za tym zakrętem.
-Idź Bethany, dogonię cię.
-Coś nie tak? - spytała zdziwiona.
-Zaufaj mi, dobrze?
  Kobieta oddaliła się. Mężczyzna poczekał chwilę, a potem spojrzał na mnie. Prosto w oczy.
-Nie szukaj go, Emilie. - szepnął.
  Zdziwiłam się. Amy spojrzała na mnie, a ja tylko słuchałam emeryta.
-Jak to? Mam zrezygnować z poszukiwań ojca?
-O to chodzi, żebyś go szukała... w kółko i w kółko aż dojdzie do tego...
-Do czego?  - dopytywała Amy.
  Mężczyzna milczał.
-Proszę mi powiedzieć...
-Wszyscy wiedzą, kim jesteś, Emilie. - szepnął znów. - Moja żona, niektórzy mieszkańcy... Nie wypytuj tu o ojca. Ryzykujesz. Oni są niebezpieczni...
-Powiedz mi - przeszłam na ty ze starszym panem. - bo inaczej porozmawiam z żoną, a myślę, że nie chciałaby by uronić to coś, co masz mi do powiedzenia. - zaczęłam oschle, a mężczyzna zaczął mówić.
-To miasto niegdyś przeprowadzało... palenie czarownic... łowców...
-A inne nadnaturalne stworzenia?
-Musisz o tym poczytać... jest jedna z bibliotek w miasteczku o legendach, musisz znaleźć legendę Great Salt Lake, tam będzie wszystko....
-Czy mój ojciec jest w niebezpieczeństwie?
-Nie jest wcale łowcą...
-Albert! - usłyszałam głos kobiety. - Na litość boską, chodźże!
-Przepraszam, ale nie mogę udzielić więcej informacji.
  Odszedł, a ja coraz bardziej zdenerwowana poprosiłam Amy o telefon. Pożyczyła mi go, napisałam SMS'a do Deana.

    Tu zimna suka która porwała twój wóz - padła mi bateria w moim telefonie, twojej impali nic nie jest, nie martw się o nią. Gdybyś sobie nie radził beze mnie - jak zwykle - dzwoń na ten numer. PS: Wcale nie tęsknię.

-Gdyby dzwonił nieznany numer odbierz. - powiedziałam do przyjaciółki i poszłyśmy do biblioteki w miasteczku.
  Musi tam coś być, chociaż w żadne legendy nie wierzę, to dla dzieci. Jeśli starzec ma rację i dowiem się gdzie mój tata...
  Coraz bardziej obawiam się, że wszystko się zmieni w związku z ojcem.... na dobre mój świat legnie w gruzach. No i nie chciałam na razie, by Dean tu był... musze sama to załatwić... przynajmniej na razie... może oddzwoni,  odpisze... na razie niestety musi wystarczyć mi kontakt telefoniczny...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz