wtorek, 7 czerwca 2016

Od Emilie

  Siedziałam w barze i rozmawiałam z jakimś facetem, miał około dwadzieścia pięć lat. Stawiał mi coraz więcej drinków, z każdym następnym czułam jak tracę kontrolę nad ciałem i mową. Coraz mocniejsze, coraz więcej ich było... Głowa mnie bolała, czułam jak polepsza mi się humor, a nogi stają się prawdziwą watą.
-Co cię tak właściwie tu sprowadza?
  Spojrzałam na niego.
-Na pewno nie alkohol. - odparłam. - Na pewno nie poszukiwanie przygód w miasteczku, w którym dzieją się dziwne rzeczy...
-A jakie?
-Jesteś mieszkańcem, sam powinieneś znać tą historię.
-Nie jestem fanem plotek.
-Ach tak? - uśmiechnęłam się. - A więc... palono tu czarownicę, a w gazetach trochę pisali o tajemniczych zaginionych kobietach.
-Pierwsze słyszę. Po to tu przyjechałaś? Szukasz guza? - zaśmiał się.
-Cały czas... uciekam ale nie wiem dlaczego.
-Smutna przeszłość?
-Coś w tym guście. - wzruszyłam ramionami. - Wiesz... niedawno zaginęła moja siostra, a wszyscy wmawiają mi, że ona nie żyje... wiesz... był jej pogrzeb ale wydaje mi się, że to jakiś głupi żart. - zaśmiałam się. - To jak dziecku zabierze się ulubionego, pluszowego misia... tęskni za nim, nie umie się rozstać aż nie osiągnie odpowiedniego wieku by się z nim rozstać. Z czasem idą w swoje strony, ten miś do innych rąk innego dziecka, do śmietnika, czy gdzieś... A dziecko rośnie. Odzwyczaja się, samo odstawia misia bo się na to przygotowało. Ja nie byłam i nie jestem zdolna do zaakceptowania odejścia Gabi.
-Gabriela...? Twoja siostra to Gabriela?
-Tak, a co? - uśmiechnęłam się i całkiem pijana spytałam barmana o godzinę.
-Za kwadrans dwunasta śliczna.
-No to ja już pójdę... - zeskoczyłam ze stołka i poszłam chwiejnym krokiem w stronę wyjścia.
  Koleś pobiegł za mną, ja nawet nie znam jego imienia. Ale znam takich jak on, wolałam teraz w takim stanie nie zmuszać go do odpowiedzialności odprowadzenia mnie. Zadzwoniłabym do... no tak, kretynko, nie masz telefonu.
-Odwiozę cię, to mój samochód. - wskazał na czarne bmw stojące za moimi plecami.
-Nie,nie... wrócę sama.
-Tak po ciemku? Tu się dzieją dziwne rzeczy, są dziwni ludzie...
-Ja naprawdę dam sobie radę...
  Nagle otworzyły się drzwi auta mężczyzny i ktoś próbował mnie wciągnąć do samochodu. Mimo chwiejnych ruchów wywinęłam się i zamknęłam drzwi, gdy miałam uciekać odwróciłam się w stronę nieznajomego, który stawiał mi drinki. Nawet nie wiem kiedy dostałam kulką w głowę. To trwało sekundę, wcześniej był na to przygotowany. Strzelił, a ja upadłam.











 
   Otworzyłam oczy, stałam na podwórku przed domem letniskowym, a przede mną Amy trzymała tort ze świeczkami. Uśmiechała się do mnie i coś mówiła, nie słyszałam nic. Chyba... składała mi życzenia...
-...standardowo... szczęścia! No i wiesz, żeby ci się układało w twoim pustym życiu miłosnym, wiesz... A, no i mniej problemów z ojcem, szczęśliwego powrotu twojej siostrzyczki! Bo jest z nami!
  Stała daleko za plecami Amy w krzakach. Miała białą sukienkę i patrzyła na nas uśmiechnięta.
  Chciałam do niej pobiec, ale nie mogłam się ruszyć.
-Co się dzieje?! Amy?!
-Niestety nie możesz do niej iść...
-To moja siostra! Gabi!
-Spójrz na mnie. Spójrz! - zażądała. - Ona tu jest, chce, żebyś była szczęśliwa... czeka na to aż wypowiesz swoje życzenie... dawaj! Ona chce twojego szczęścia, więc teraz masz okazję pokazać jej, że taka jesteś.
-Nie okłamię jej...
-Pamiętasz, jak wy dwie składałyście sobie życzenia w dniu urodzin? Jak prawie podpaliłaś kota? - zaśmiała się.
-Pamiętam wszystko... - szepnęłam.
-No to dawaj! Życzenie raz!
  Podniosła tort i kazała mi tym samym dmuchnąć. Bez wahania pomyślałam, by siostra wróciła.
-I co? Co pomyślałaś? - spytała ciekawa.
  Przegryzłam wargę.
-Żeby siostra wróciła...
  Gdy mrugnęłam, zamiast Amy stała przede mną Gabi trzymająca tort. Sama była zdziwiona, nie wiedziała co zrobić, nawet chyba miała wątpliwości, czy ją widzę.
  Gabi wyrzuciła tort i przytuliła mnie bardzo mocno.
-Wszystkiego najlepszego, Emilie. Musiałam złożyć życzenia jako pierwsza... - szepnęła i zaczęła przytulać mnie coraz mocniej.
  Brakowało mi tlenu, ona cały czas mnie ściskała.
-Ga...Gabi... dość... tlenu... - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
  Ale nie przestawała.
-Gabi...!
  Próbowałam się wyrwać, ale nie mogłam. Była zbyt silna.
-Obudź się!
-Co?
-Obudź się, do cholery! - krzyknęła.

  Otworzyłam oczy. Nie czułam bólu w miejscu postrzału. Widocznie dostałam czymś... nawet nie umiem tego wyjaśnić. Sama nie wiem czym dostałam... Gdzie ja jestem...?
  Byłam związana w jakimś dziwnym miejscu. Śmierdziało grzybem, wszędzie widziałam powywieszane martwe koty. Rozejrzałam się.
  Usłyszałam dźwięk ładowanej strzelby. Nie mogłam spojrzeć się w tamtym kierunku. Było ciemno, nie mogłam się ruszyć. Szarpałam się by chociaż jeden nadgarstek drgnął, ale nic z tego. Czułam wielki ból gdy próbowałam się uwolnić, łańcuchy miały ostre zakończenia i raniły mnie gdy wykonywałam gwałtowny ruch.
  Stanął nade mną Klaus. Uśmiechał się.
-Wypuść mnie. - warknęłam zła.
-Dalej pokazujesz, że masz jaja, co? - parsknął. - To lubię w Tobie, ale szkoda, że zaraz ulegniesz spaleniu.
-Co się tu dzieje? Gadaj. - zażądałam.
  Uśmiechnął się szeroko.
-Twój tata ci wyjaśni.
  Ojciec wszedł do środka, stanął przede mną zaraz obok Klausa.
-Tata...? - szepnęłam. - Uwolnij mnie, weź mnie stąd...
  Kucnął i pogładził mnie po policzku.
-Niestety, sprawiasz wiele kłopotów dla wampirów... wilkołaków... nie podoba się to im... musimy zrobić co należy.
-To nie prawda... nie... - kręciłam głową. - Uwolnij mnie, przecież... nie obchodzi cię to, sam jesteś łowcą!
-Słońce... ja zbierałem na ich temat informacje. Urodziłem się tutaj. W Great Salt Lake...
-Nie... nie,nie,nie...
-Gabi miała na to patrzeć, ale nie miała okazji.
  Tata wstał i kazał Klausowi mnie odwiązać i zabrać gdzieś.

  Ojciec, śpiewając pod nosem urodzinową piosenkę oblewał mnie powoli czymś dziwnym, nie była to benzyna. Sama nie wiem co to było. W drugiej dłoni trzymał zapalniczkę. Spojrzał mi w oczy i z uśmiechem powiedział.
-Wszystkiego najlepszego, córeczko.
-Nie rób tego, przecież... nie zrobiłbyś...
  Do pomieszczenia wpadła Amy. Popchnęła ojca i wszystkich zebranych. Próbowała mnie odwiązać, ale Klaus złapał ją za rękę i ona upadła. Nagle.
  Podszedł do mnie i przyłożył pistolet do głowy, w to samo miejsce w które dostałam wcześniej.
  Powoli naciskał spust, a za jego plecami zauważyłam Gabi. Kiwała głową na nie, jakby mówiła, że nie może mi pomóc. Jak ją widzę? Mam zwidy? Na pewno.
-A więc muszę zabrać cię do siebie. - uśmiechnął się.
  Klaus strzelił i straciłam przytomność.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz