środa, 22 czerwca 2016

Od Julii

Spędziłam w zamknięciu 994 dni. Towarzystwa dotrzymują mi tylko niewielki notatnik, uszkodzone pióro i te wszystkie liczb w mojej głowie. 1 okno. 4 ściany. 1,5 metra kwadratowego powierzchni. 26 liter alfabetu w języku, którym praktycznie nie mówiłam przez 994 dni odosobnienia.
994 dni temu zostałam wywleczona z domu rodziców i zamknięta w zakładzie dla obłąkanych za coś, na co nie mam wpływu. Nikogo nie obchodziło i nie obchodzi, że nie wiedziałam, do czego jestem zdolna. Że nie wiedziałam co robię.
Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Jedyne co wiem to to, że ktoś przywiózł mnie tu białą furgonetką i zajęło mu to 8 godzin i 21 minut. Byłam przykuta kajdankami do siedzenia. Wiem że moi rodzice nie zadali sobie trudu aby się ze mną pożegnać.  Wiem, że nie płakałam kiedy mnie zabierano.
Przyciskam dłoń do niewielkiej, zimnej szyby i czuję, jak zimno bierze ją w znajome objęcia. Ja i ona jesteśmy samotne, obie skazane na to miejsce.
Jestem echem tego co było kiedyś.
Chwytam swoje pióro i spoglądam na nie. Rezygnuję jednak. Dzielenie z kimś celi nie było by złe. Rozmowa z żywym człowiekiem mogłaby pomóc. Codziennie ćwiczę głos. Układam wargi w wokół dawniej znajomych mi słów.
Jestem zaskoczona, że nie zapominałam ludzkiej mowy. Po tylu dniach odosobnienia powinnam.

Słyszę pukanie. Puk, puk puk...
Drzwi się otwierają odsłaniając przeraźliwą otchłań. Za nimi nie ma żadnych kolorów, światła ani nadziei na cokolwiek. Jest tylko groza. Nikt nie stoi, nie czeka. Nikogo tam nie ma. Żadnych słów. Żadnych wskazówek. Tylko otwarte drzwi które za każdym razem przez te 994 dni oznaczają to samo.
Pora na prysznic.
W oddali słychać alarm. Jego buczenie przybliża się z każdą sekundą. Cala zaczyna drżeć od ostrzegawczego dźwięku.
Zaczynam brnąć w ciemność za drzwiami po omacku przez labirynt szpitala dla umysłowo chorych.
To rodzaj domu, ośrodek dla trudnej młodzieży, dla zaniedbanych dzieci z patologicznych rodzin, bezpieczne schronienie dla niezrównoważonych psychicznie. To więzienie. Karmią obecnych tu więźniów byle czym, a nasze oczy nigdy nie oglądają siebie nawzajem. Widzimy tylko rzadkie przebłyski światła wkradającego się przez szczeliny. Noce są pełne wrzasków, szlochów i pełnych udręki krzyków. Pierwsze 2 miesiące spędziłam tu w towarzystwie własnego smrodu. Nikt mi nie wytłumaczył, nie powiedział co, gdzie, jak. Nikt nie wyjaśnił jak to wszystko działa. Nikt ze mną nie rozmawia, chyba że ma mi do przekazania złe wieści. Nikt mnie nigdy nie dotyka. Chłopcy i dziewczęta nigdy się nie spotykają. Nie ma mowy o zbiegach okoliczności. Tu wszystko jest w pewnym stopniu jakimś dziwnym systemem.
Moje oczy zaczynają przyzwyczajać się do ciemności nocy. Idę po omacku nierównym korytarzem.
Jeszcze tylko 2 metry do miejsca, gdzie szorstka ściana robi się gładka. Kiedy tak się stało pewnie skręciłam w prawo. Idę w stronę rzędu pryszniców i wygrzebuję wszystkie kawałki mydła, które utkwiły w odpływie.
Nigdy tak na prawdę nie wiedziałam co zamierzają zrobić ze mną w tym zakładzie. Może w mroku nocy czeka tu na mnie śmierć? Mozę ktoś kryje się w ciemnym kącie i czeka na właściwy moment aby zakończyć moje cierpienia?
Moje ruchy są mechaniczne. Robiłam to tyle razy ze pamiętam najbardziej efektywne metody szorowania, spłukiwania i wykorzystywania mydła. Nie ma tu ręczników wiec cała sztuka polega na tym aby strzepnąć z powierzchni skóry jak najwięcej wody bo długo się nie wyschnie a wtedy można zachorować.
Mi zdarzyło się się to tu tylko dwa razy i nadal zastanawiam się jakim cudem nadal żyję.
Szybko założyłam swoje stare i zniszczone ubranie po czym wróciłam tę samą drogą do celi. Położyłam się na łóżku i okryłam się swoim jedynym kocem.
Zasnęłam..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz