środa, 22 czerwca 2016

Od Emilie

  Byłam tu jedenasty dzień, czułam się obserwowana. Gdy otwierałam oczy byłam już w innym miejscu. W innym domu w jakimś zakichanym miasteczku, które zdawało się być... jakąś makietą, w której tylko ja mieszkam i tylko ja jestem tu jedyną żywą istotą. Bo tak było. Nikogo nie było. Nikogo nie słyszałam. Spacerowałam po lesie, bałam się zamknąć oczy by potem móc je otworzyć. Ten świat, a raczej obszar miasteczka w którym się znajdowałam było wyimaginowane czy też realne? Gdzieś na odludziu, na samym końcu świata?
  Nudziłam się, okropnie. Jednak wszelkie bary były dla mnie otwarte. Więc piłam. Bo nie mogłam robić nic innego. Mogłam zapić sie na śmierć, ale tu się nie dało. Nie mogłam sie upić, nie czułam głodu ani pragnienia. To miejsce zdawało się eliminować moje pragnienia i uczucia, kasowało wszystko, ale nie pamięć i moje moce. Nie kasowało tego, że kocham Deana, nic nie było w stanie zmienić mnie w ten sposób, bo byłam zbyt silna. Lucyfer nadal mnie kontrolował, nawet gdy byłam w świecie stworzonym przez Crowley'a. Czy w ogóle Dean i Lucyfer wiedzą, że tu jestem? Co robi mi właściwie to miejsce? Nie wiem co mnie tu czeka. Nie boje się. Nie czułam strachu.
  Za każdym mrugnięciem mogło mnie przenieść gdzieś indziej. Ale to się jeszcze nie zdarzyło. Obawiałam się, że mogę znaleźć się w najgorszym miejscu na Ziemi.
  Jedno mrugnięcie, trzecie, czwarte.
  Szybkie bicie serca i mój szybki marsz przez las, by dojść gdzieś. By nie zasnąć, by chcieć stąd wyjść, szukać rozwiązania. Milion myśli na minutę, które pozwalały mi nie spać. Co chwilę nowe pomysły, ale co chwilę rosło zmęczenie.
  Bum.
  I jestem gdzieś indziej.
  Pierwszy raz tak się stało, że przeniosło mnie po mrugnięciu powieką. Pierwszy raz poczułam dziwny ból, jakby ktoś nadział mnie na ostry pal a ja łapię ostatnie tchnienie.
  To miejsce cierpienia, bo na razie nie spotkało mnie tu nic dobrego i przyjemnego. Od dawna nie słyszałam również Crowley'a. Jestem pewna, że wie, co się tu dzieje. Robi to specjalnie? Jak nie, to po co?
  Nie pomogę mu. Nikomu nie pomogę. Lucyferowi i Crowley'owi... Gdzie jest Amy? Co z nią? Czy wie, że coś mi zagraża? Jeśli w ogóle coś tu mnie może zabić czy zranić oprócz samej siebie? Jeśli zaraz samochodu zaczną mnie atakować, sztućce biegać a pluszowe niedźwiadki ścigać mnie czerwonym minivanem to oznacza, że zacznę świrować i trzeba się zacząć zastanawiać nad samobójstwem albo jak stąd wyjść.
  Na razie byłam cierpliwa. Wierzyłam, że w końcu ktoś mnie stąd wyciągnie.
  Stałam w lesie, zupełnie samotna i zrezygnowana. Nowe miejsce, wszędzie dookoła drzewa i cisza. Właśnie. Cisza. Ta okropna, sukowata towarzyszka od kilku dni. Ale ona jest ze mną od zawsze. Już przywykłam. Ale nadal jestem sobą. Dawną Emilie, która nie da sobą rządzić. Nie złamie się. Na pewno nie tu.
  Nagle coś mnie zaatakowało. Przygwoździło do drzewa i nie mogło puścić. Dopiero po chwili, gdy usłyszałam czyjś głos... była to Amy...
-Amy! To ja...
  Uśmiechnęła się dziwnie, działała jak robot, jak nie ona. Jakby była napakowana nienawiścią do mnie. Przewróciła mnie na ziemię.
-Walcz! Co ci jest, co?! Tak nienawidzisz wampirów, istot nadnaturalnych! Dawaj, zabij mnie, jeśli potrafisz. Albo zabije ciebie.
-Co ty mówisz...?
  Przerzuciła mnie kilka metrów dalej, podeszła i kopnęła w brzuch. Uśmiechała się.
-Walcz. - zażądała.
-Nie zranię cię...
-Zabije cię, jeśli nie zaczniesz walczyć.
-Zabij, na rękę mi to... - wykrztusiłam.
  Zaskoczyło ją to. Złapała nóż, który wypadł mi wcześniej i przyłożyła go do gardła. Chyba zaczęła myśleć, że tym sposobem wykonam jej żądania. Ale co ona miała na celu? To bez sensu, i skąd ona tu się znalazła?
-Dobra! - podniosłam się powoli.
  Odłożyła nóż i uśmiechnęła się.
  Walka trwała godzinami, tak mi się wydawało. Przedłużałam ją by jej nie ranić. Nie chciałam jej zabijać. Uciekałam w stronę miasteczka. Ona mnie goniła. A raczej śledziła.
  W mieście ją zgubiłam. Wbiegłam do jakiegoś domu i tam się zamknęłam. Był mi znajomy. Spojrzałam na zdjęcia na kominku. To mój rodzinny dom. Moja siostra... ja...
  Nagle usłyszałam skrzypnięcie obok w jadalni. Powoli poszłam w stronę hałasu. Nic tam nie było. Dziwne.
  Odwróciłam się i dostałam w twarz z pięści. Poleciałam na stół, Eryk mnie dusił.
-Zostaw mnie! - krzyknęłam zła i odepchnęłam go.
  Padł na drzwi. Szybko się podniósł, zaczął płonąć czarnym ogniem, to oznaczało tylko samo zło.
  Nie wierzyłam, że to się dzieje. Nie mogłam z nimi walczyć.
  Wybiegłam z domu. Było już ciemno. Schowałam się na stacji benzynowej, usłyszałam dziwny, cichy szept. Znałam ten głos. Crowley. To jego sprawka. Chce coś we mnie zmienić? Chce mnie złamać poprzez mordowanie swoich bliskich?
  Zaczynałam rozumieć.
  Wyszłam ze stacji i wsiadłam do jakiegoś samochodu obok. Odpaliłam silnik, czekałam aż zobaczę dwójkę która chce mojej śmierci. To pierwszy etap, obawiałam się, że później pokaże mi Deana który chce mnie zabić. Wtedy wolę dać mu się zamordować niż zranić go.
  Zacisnęłam ręce na kierownicy. Gdy zobaczyłam jak obydwoje idą wcisnęłam pedał gazu i wjechałam w butle z benzyną stojące nieopodal. Spowodowałam wybuch a oni ulegli spaleniu. Ja też
  Otworzyłam oczy, stałam za całą stacją i całym zajściem jak gdybym była obserwatorem. Usłyszałam klaskanie za plecami, odwróciłam się.
-Nieźle. Ale już masz tylko z górki. Zabiłaś ich.
-Przejrzałam cię. - powiedziałam czując, że zaraz polecą mi łzy. - Robisz to, tworzysz ich kopie, tylko po co? Po co chcesz żebym ich zabijała?
-Bo cierpisz. Niszczy cię to. Stajesz sie słabsza.
-Jeżeli jeszcze raz...
-Następny wiesz kto jest. - uśmiechnął się.
-Nawet kopii Deana nie jestem w stanie zabić.
-Zginiesz? - parsknął. - Nie rozśmieszaj mnie.
-Puść mnie wolno. - zażądałam.
-Nie.
-Słuchaj. Jeśli znajdę sposób jak cie zabić to jestem w stanie nawet wstąpić w szeregi Lucyfera by patrzeć jak zdychasz. Zrobię wszystko, by cię zniszczyć. Jeśli mnie nie wypuścisz to ja cię zabije.
-A co na to Dean? Zabroni ci mnie zabijać.
-W dupie mam wasz chory układ. Macie w dupie to, co się ze mna dzieje. Każde z was mi mówi co mam robić, chcę w końcu zrobić to co chciałam już dawno. Pomszczę siostrę, nie będę tym razem słuchać co powie Dean. Nie ma prawa za mnie decydować.
-Uuuu... No ale widzisz, nie dasz mi rady.
-Dogadam się z Lucyferem...
-To jego powinnaś chcieć zabijać. On zniszczy wszystko.
-TY ZNISZCZYŁEŚ MOJE ŻYCIE! DAJ MI SPOKÓJ! - krzyknęłam już zrezygnowana.
  Zamknęłam oczy, padając na kolana. Otworzyłam je.
  Byłam w innym miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz