czwartek, 30 czerwca 2016

Od Dean'a

Przeciągnąłem zimnymi dłoń po twarzy. Usiłuje utrzymać oddech w normalnym
tempie, jednak niekontrolowana czkawka niweczy moje plany.
Ukrywam rany pod materiałem koszuli. Staram się nie patrzeć w odbicie w posadce
by nie widzieć kwitnących sińców. Wiem ,że są wszędzie, zdobią moją skórę
krwawym fioletem. Czołgam się mozolnie w stronę zaplecza, chciałem się ukryć. 
Mam nadzieje na chwilę spokoju, chcę odpocząć, mam liczne rany, które nieustannie
krwawią. Liczę na cud, biorę pod uwagę to ,że jedna z nich jest w stanie mnie zabić,
jeśli nie znajdę pomocy medycznej to może być ze mną kiepsko. Tutaj w barze, a właściwie
na jego zapleczu walczę z myślą o gwałtownej ucieczce i krzyku, ale to mogłoby
zdradzić ,że jeszcze tu ktoś żyje. Nie mam nikogo kto by mi pomógł, wszyscy nie żyją,
a rodzina, no cóż... W barze na podłodze, na szafach, krzesłach i stołach leżą trupy,
dokładne wiem kim oni wszyscy byli, ale skąd to wiem? Nie mam pojęcia...
Wydaje się ,że leżę tu oparty o ścianę zaplecza od wielu lat, czuje ,że wszyscy
zapomnieli już o moim istnieniu. Krzyczę wewnętrznie, robię to tak rozpaczliwie ,że mój
głos tonie w bólu zdartego gardła a przecież jestem cicho, nic nie mówię... 
Krzyk we mnie materializuje cierpienie, to jak modlitwa, wciąż łudzę się ,że Bóg mnie usłyszy,
ale Boga już nie ma, odszedł. Gdyby tego nie zrobił już dawno pozwoliłby mi umrzeć.
Drzwi otwierają się ponownie. Przez pięć sekund spiąłem wszystkie mięśnie by podkurczyć nogi.
Mój oddech zamiera, chcę się ukryć pomiędzy workami pełnymi ziemniaków, cofam się bezszelestnie o milimetry do tyłu. Skóra na moim ciele płonie, ale teraz musiałem siedzieć cicho.
Zatrzymuje drżenie ciała, nie pozwalam sobie na panikę. Przykładam dłoń do miejsca, w które zostałem  uderzony, by ukoić pulsujące pieczenie.
Przez chwilę myślę, że rana na twarzy krwawi intensywniej
niż myślałem, ale ku mojemu zdziwieniu, zauważam jak łzy mieszają się z krwią. Płaczę?
Czy ja...? Wkładam resztki energii w opanowanie emocji, kiedy on wchodzi na zaplecze
i patrzy się na mnie, śmieje się, jego głos rozchodzi się po całym lokalu i jest
coraz głośniejszy. Kolejne ciosy o ściany łamią moje kości. Nie wiem ,dlaczego
się tam nad mną znęca, czułem się niewinny i bezbronny, a przecież to nie prawda...
Usiłuje utrzymać się na nogach lecz on rzuca mną o ściany nie dotykając mnie,
znęca się, nie lubi szybkich śmierci. Nie mogę upaść, nie mogę...
W końcu mogę osunąć się na ziemię, ukrywam się w kącie, z udawaną godnością
przyjmuje ból, nie stawiam oporu. Jestem beznadziejnie uległy. Wyprany z uczuć.
Dopiero kiedy jego palce chwytają moje włosy, przerażanie rozdziera mi płuca.
Chwila włosy? Przecież nie są wystarczająco długie by je złapać z taką
siłą. Słysze kilka obelg na które nie zwracam uwagi, rozpływają się w mojej
podświadomości. Mrożąc oczy przyglądałem się ciemnej sylwetce i z przerażeniem
stwierdziłem ,że to ja, teraz role się zmieniły ja byłem oprawcą a w dłoni trzymałem
ciało kobiety, rozwarłem uścisk a ona opadła bezwładnie na worek z kartoflami.

Opłukałem dłonie z krwi i wyszedłem jakby nigdy nic, ciary przechodziły mi przez plecy,
ale nie dlatego ,że właśnie wyszedłem z baru pełnego trupów tylko dlatego ,że takie
sytuacje zdarzają mi się niezwykle często. Wróciłem do domu.
Mijałem stare mieszkanie Emilie, usłyszałem melodię dobiegającą z niego.
Nie wiedziałem ,czy komponuje ją z własnych mglistych wspomnień czy naprawdę dobiega
ona do moich uszu, taka była niewyraźna. Ale rozpoznałem tę melodię i zacząłem nucić ją
pod nosem. Miałem ochotę uronić kilka łez, wiedziałem ,że dom jest pusty a ta melodia
towarzyszy mi już dłużysz czas. Nie zrobiłem tego jednak. Nawet nie przystanąłem tam by przyjrzeć się pustym murom, chociaż chciałem ale moje ciało zignorowało ten sygnał, dumnie poszedłem dalej.
Gdyby tylko istniał ktoś kto mógłby mi podpowiedzieć co mam robić, dlaczego tak nie panuje
nad sobą a ostatnio moje życie jest snem na jawie. Dlaczego stałem się takim dupkiem?
Dlaczego wszyscy na to pozwalają? Demonom się to podoba, popierają moją mimowolną kandydaturę na przywódcę.
Czy istnieje świat w którym jest ciągła walka? W którym wszyscy zasługują na śmierć?
Takie miejsce w którym będzie miejsce dla mnie, a raczej dla tego kim się staje.
I nagle mnie olśniło, przecież jest taki świat, tylko jak się tam dostać a nie umrzeć,
nie panuje tam żaden przywódca i nie ma do tamtego miejsca ,żadnej bramy, można się tam dostać
tylko wtedy gdy jest się istotą nadnaturalną i się umrze, ale ja nie mogę umrzeć.
Szybko znalazłem rozwiązanie tej sytuacji poszedłem do starego przyjaciela którego wcześniej
wyciągnąłem z czyśćca, teraz on w ramach rekompensaty mnie tam wprowadzi, będzie musiał
umrzeć ale to nic, pójdzie z nami człowiek i wyciągnie go spowrotem, tylko w ten sposób potwór
może opuścić czyściec.
Wszystko było już gotowe, ja, człowiek i dłużnik, niezwykle łatwo nam to poszło, byłem już w Czyśćcu,  a oni wyszli bez szwanku. Coś tu nie grało, i faktycznie miałem racje.
Obudziłem się ze snu, znów otaczała mnie sterta rozszarpanych ciał ludzi.. .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz