poniedziałek, 27 czerwca 2016

Od Emilie

  Nadszedł dzień. Ten dzień sądu ostatecznego. Niebo miało poznać prawdę o mojej ciąży, o mnie i o nowym czyśćcu. Czułam niepokój, zbierałam myśli i zdenerwowana wbijałam sobie w ręce paznokcie. Ukrywałam się by dziecku nie stała się krzywda a teraz mam zaufać archaniołom? Nie mam wyjścia, muszę walczyć.
  Stałam w czarnym pomieszczeniu, czekałam aż pojawi się białe światło i rozbłyśnie ukazując szczegóły miejsca w którym się znalazłam. Nie mogłam wejść do nieba, nie jestem aniołem,umarłą ani archaniołem. Musiałam czekać przed niebem. Tu była nicość. Czerń, pustka.
  Czułam, że coś się zbliża. Wzięłam głęboki wdech i czekałam.
  Pojawił się przede mną Archanioł Gabriel. Był sam, tak jak prosiłam. Tak jak się umówiliśmy. Zadowolona momentalnie się uspokoiłam, moje obawy same się rozwiały.
-Witaj, Emilie.
  Kiwnęłam głową nie bardzo wiedząc, jak mam się z nim witać.
-Nieprawdopodobne podobieństwo do Gabi. A jednak tyle was różni.
-Przejdźmy do rzeczy. - zwinnie uniknęłam tematu siostry. - Pokażę Ci co mam pokazać.
  Spojrzał na mój brzuch lekko zaniepokojony.
  Przyłożył dłoń do mojego czoła a wtedy ja zniosłam blokadę. Mógł szperać w mojej głowie, w myślach, ujrzeć to co w sumie chciał. A raczej to, na co mu pozwalałam. Odsunął powoli rękę i spojrzał mi w oczy.
-Niewiarygodne, jak szybko się rozwinęłaś.
-Co z dzieckiem? Co uważasz?
-Mogę? - spytał, przykładając powoli dłoń do brzucha.
  Skinęłam głową, przyglądając się co robi.
-Niezwykłe dziecko, przyznaję. Ale niestety, wiem jakie będą problemy gdy zacznie dorastać. Możesz nie wytrzymać porodu.
-Wytrzymam wszystko dla dziecka. Powiedz mi, czy mogę liczyć na waszą pomoc?
-Niebo nie może go przyjąć.
-Nie o to proszę.
  Uniósł brwi.
-A o co?
-Wiesz o mnie wszystko... prawda? Obserwowaliście mnie. Po śmierci Gabi?
-Tak.
-Wiecie kto jest ojcem?
-Wiemy. Dlatego martwi mnie, że dziecko będzie takie samo. A raczej na pewno będzie bardziej podobne do niego.
-Wiesz, że to sprawka Lucyfera?
-Wiem.
-Chcę liczyć na was gdy czyściec będzie w niebezpieczeństwie. To miejsce pomiędzy, do którego nikt nie ma wstępu. To teraz mój świat i mój dom. Nie mogę pozwolić by upadł.
-Pomogę ile będę w stanie. - odparł spokojnie, podając mi dłoń.
  Zaskoczona, że wszystko przebiegło tak doskonale podałam dłoń i lekko uścisnęłam.
-Pilnuj dziecka. Nikt go nie może dostać. Ufam Ci.
  Kiwnęłam głową.

  Następna była Manea. Chciałam by wyjaśniła mi wszystko co dotyczy mnie. Nie wiele jeszcze rozumiałam ale co jak co - mogłam jej zaufać.
-Sądzę, że dziecko powinnaś oddać mnie...
-Nie ma mowy. Zapamiętaj, że coś sobie obiecałyśmy. Pomogę ci tylko wtedy gdy będziesz mi wierna. Dziecko nie jest kartą przetargową ani rzeczą. Muszę również myśleć o jego bezpieczeństwie.
-I tak ma przesrane życie przez wasze geny.
-Powiedz mi więcej o mnie. - zażądałam.
-Nikt nie wie gdzie jesteś... tak samo Crowley się ukrywa. Próbowałam go śledzić ale wiesz, że do piekła nie ma wstępu. Jest ostrożny. Nie mogę się dowiedzieć co myśli o twoim zniknięciu.
-Na razie zostaw go w spokoju. Do urodzenia dziecka mam spokój. Niedługo wszyscy się dowiedzą o tym kogo mam w brzuchu i czyje to dziecko, będą kłopoty. Muszę do tego czasu wymyślić co zrobić, przewidzieć różne rzeczy...
-Przyszłość dziecka zależy od jego wychowania. Nie pozwól, by ktoś to naruszył.
-Nikt do tego nie ma prawa. Nikt nie ma prawa do tego dziecka.
-Wiesz, że to nieprawda.
-Wiem, że ja jestem matką i jedyną osobą która mu zostaje. Kocham tą małą istotkę. - uśmiechnęłam się lekko. - Ale wiem, że sielanka nie potrwa długo. Obmyślałam wszystkie formy ataku na mnie, gdyby ktoś chciał mi odebrać wszystko co mam.
-Crowley?
-Nie ufam mu już. Przejrzałam go na wylot. Nie nabiorę się już na nic. Nie będę go zabijać gdy spotkam na swojej drodze...
-Jak to?! - oburzyła się.
-Nie chcę go atakować. Nie teraz.
-Przecież tyle ci zrobił...
-Dam radę. Nie wie o dziecku... chyba... - przegryzłam wargę. - Rodzina Harrisonów się jeszcze nie wprowadziła, za tydzień oddaję im klucze. Do tego czasu muszę zabrać kilka rzeczy. Już późno. Do następnego. - kiwnęłam do niej i odeszłam.

  Gdy weszłam do domu było tu prawie pusto. Wszędzie kartony, zakryte meble. Miałam wrażenie, a raczej czułam tu czyjąś obecność. Zaparłam się, byłam czujna. Poszłam przed siebie, a zza ściany wyskoczył na mnie Sam.
-Co do...! - krzyknęłam gotowa do ataku.
  Mogłam go odepchnąć z łatwością, przeleciałby pół domu, gdybym się postarała i zebrała siły mógłby wylecieć przez ścianę.
-Musimy pogadać.
-Nie mamy o czym. - odparłam zła, chcąc minąć go i zabrać moje pudła.
  Złapał mnie mocno za ręce.
-Nie dotykaj mnie. - warknęłam.
-Naprawdę musimy porozmawiać.
  Ściągnęłam brwi i odsunęłam się od niego zakrywając brzuch tak, by nie zauważył delikatnego zaokrąglenia. Ale za późno.
-Czy ty...
  Przyparłam go do ściany nagle. Nie kontrolowałam tego.
-Masz nikomu nie mówić.
-Czy to dziecko Dea...
-Nie twój interes. - odparłam ze złośliwym uśmieszkiem.
-Przecież możesz mi zaufać...
-Jesteś jego bratem, do cholery! - szepnęłam.
-Tak się składa, że mam z nim ograniczony kontakt.
-Co mnie to interesuje?
-To, że go kochasz.
-Nikogo nie kocham.
-A widzisz? Jednak jego kochasz.
-Zamknij się. - wycedziłam przez zęby.
-Słuchaj, z Deanem jest źle...
-I co? Mam ci pomóc? Co to zmieni? Po co mam mu pomagać? Jest duży, sam o siebie zadba, robi co chce...
-Słuchaj, wiem, co się stało. Mówił mi. Zraniłaś go...
-I myślisz, że jak pojawię się przed nim to zmieni się nagle? - roześmiałam się. - Nie osłabiaj mnie. Wiem jaki jest. Manea powiedziała mi co zrobił Crowley. A Dean był tak ślepy że uwierzył w kłamstwa. Jego sprawa. Niech sobie robi teraz co chce....
-On jest rozwścieczony. Zrozum, to mój brat. Muszę go jakoś wyciągnąć. Ile razy on mi ratował tyłek, teraz muszę...
-Ja nic nie pomogę. - spojrzałam mu w oczy. - Mam dziecko w sobie. Skąd pewność, że mnie nie rozszarpie gdy mnie zobaczy? Ważniejsze jest dziecko, nie to, że uwierzył w kłamstewka Crowleya. Gdy wyszłam stamtąd za pomocą Manei ona wszystko pokazała, powiedziała. Lucyfer zaplanował wszystko. Mam w sobie dziecko Deana ale nie rozumiesz ile straciłabym gdybym pokazała się albo jemu albo Crowleyowi.
-Boisz się Deana? Nie mógłby cię skrzywdzić...
-Mógłby. - parsknęłam odsuwając się od niego. - Nie mów nikomu, że mnie widziałeś.
-Jedni myślą, że zabił cię Crowley, jedni, że zaginęłaś a drudzy że się ukrywasz. Gdzie się podziewasz?
-To zbyt skomplikowane, poza tym nikt nie może wiedzieć.
  Dotknęłam jego czoła i po kilku sekundach odsunęłam dłoń.
-Co ty zrobiłaś?
-Twoje informacje są bezpieczne. Mogłabym usunąć pamięć ale to lepsza wersja. Pamiętaj, nikomu o mnie nie wspominaj.
-Cas to słyszy.
-Co?
-Castiel...
  Wyszedł zza jego pleców.
-Nie mówiłeś... - pokręciłam głową zła.
-Przepraszam...
-Nie powinnam ci mówić... - złapałam się za głowę.
-Emilie... ja...
-Odejdź ode mnie. - powiedziałam czując napływ silnych emocji i mocy jaka mnie powoli oplątywała.
  Nie zdażył zrozumieć. Uniosłam się do góry powoli, pudła, kartony i meble wraz ze mną. Moje oczy zaszły czernią. Słyszałam prośby Sama bym przestała. Krzyczał. Bolało go to co robiłam. Ale co ja robiłam...?
  Byłam zbyt silna. Nie kontrolowałam tego przez chwilę, potem wszystko ustało. Wszystko opadło, a ja szepnęłam słabe przepraszam i wróciłam do swojego świata. Usiadłam na łóżku i pogładziłam się po brzuchu.
-Będzie dobrze kochanie... Nic ci nie grozi... obiecuję... - szepnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz