środa, 29 czerwca 2016

Od Emilie

  Mój brzuch stawał się coraz większy. Martwiło mnie to, bo to dopiero pierwszy miesiąc. Nikt nie mógł wyjaśnić dlaczego wyglądam na ciężarną w 7 miesiącu. Mimo tego nadal uprawiałam magię i starałam się uczyć więcej. Czułam, że jestem potężna, siła powoli mnie okrążała, z każdej strony mogłam na nią liczyć. Byłam dość silna bym zasługiwała na tytuł pani tego miejsca.
  Można powiedzieć, że wyszłam poza schemat. Moje umiejętności sięgały szczytów, umiałam coraz więcej. Byłam z siebie dumna. Nauczyłam się dawać życie, czyli moi przyjaciele mogą zacząć od nowa. Jednak jeśli dowie się o tym niebo będę musiała odpowiadać przez ich ''sądem''. Nie mogłam sobie od tak sobie używać mojej umiejętności. Nawet Bóg czy archanioły jej nie używają.
  Weszłam do pokoju gdzie siedziała Amy wraz z Erykiem. Wspominali swoje dawne życie, kiedy byli szczęśliwi, kiedy ja byłam, gdy wszystko było tak doskonałe na swój sposób. Powoli zaczęło zżerać mnie sumienie. Przeze mnie zginęła Amy - broniła miejsca gdzie się znajdowałam. Eryk jest w prawdzie żywy ale uwięziony tutaj. Przez kogo? Przeze mnie.
-Może wrócimy tam na chwilę? - spytałam przerywając im.
-Jak? - spytała Amy ze łzami w oczach. - Jestem jak hologram tam na Ziemi. Niczego nie mogę złapać, nie mogę niczego zrobić, nikt mnie nie widzi...
  Do środka wszedł Stefan. Kolejna osoba martwa. Którą ja zabiłam.
  Jak mogę im patrzeć w oczy?
  Może dlatego, że stałam się kompletnie nie czuła na nic ani na nikogo? Jedynie co mnie wzrusza to łzy mojej przyjaciółki.
-Wskrzeszę was. Ale nie będziecie mogli tu wrócić...
-Jak to? Możesz nas wskrzesić? - spytała zaskoczona Amy.
-Mogę... ale anioły gdy się dowiedzą...
-Przecież jak mają się dowiedzieć? Nie wiedzą nawet o naszym istnieniu... a raczej nieistnieniu... - odparła.
  Westchnęłam.
-Nie zaszkodzi to dziecku? - spytał Eryk ściągając brwi.
-Nie. Próbowałam tego raz na zwierzętach... działa.
  Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Nikt do tej pory nie miał takiej mocy by wskrzeszać. Jednak ja będąc potomkiem Lucyfera odziedziczyłam jego umiejętności. Władał kamieniem filozoficznym, coś jak kamień wskrzeszenia. Tylko on go miał, umieścił go w sobie. Teraz widocznie ja posiadam ten kamień.
-Zrobię to. Wskrzeszę was...
-Ale nie możesz nas tak zostawić. - odezwał się Stefan.
-Nie zostawiam. Będę przy was, kiedy mnie poprosicie wtedy się pojawię. Do końca ciąży muszę sie tu ukrywać, potem wrócę na Ziemię i będę musiała zapewnić dziecku dom na jaki zasługuje. Chociaż w części.
-Dobrze... więc... co zrobisz? - spytała Amy.
  Eryk uważnie mnie obserwował.
-Stójcie w bezruchu.
  Wykonali polecenie.
  Zamknęłam oczy, podchodząc do każdego z nich i przykładając dłoń do miejsca gdzie powinno być serce. Wysłałam ich na Ziemię. Każdego do tego samego miejsca. Zaraz gdy wysłałam Amy i Stefana spojrzałam na Eryka.
-Idziesz?
  Do domu wszedł Klaus.
-A mnie to nie łaska wskrzesić? - opadł na kanapę.
  Spojrzałam na niego z odrazą.
-Nie zasłużyłeś na to. - odparłam oschle.
  Podniósł się i chciał się na mnie rzucić, odepchnęłam go tylko lekkim machnięciem ręki. Uderzył plecami o ścianę i upadł na podłogę.
  Przeklinał pod nosem podnosząc się.
-Zyskałabyś gdybyś mnie wskrzesiła. - spojrzał mi w oczy.
-Nie sądzę. Wyjdź stąd albo sama cię wyniosę.
-Nie wyjdę dopóki mnie nie przywrócisz do życia. Żyłem pieprzone tysiąc lat u boku twojego ojca! - krzyknął.
  Spojrzałam na Eryka.
  Pstryknęłam palcami a po chwili Klausa wyniosło dwóch upadłych aniołów.
  Miałam ich pod swoją ''opieką''. Byli jak moja armia, upadłych aniołów przybywało znacznie więcej a lądowali tutaj. I należeli do mnie.
-Zajmę się porządkiem podczas twojej nieobecności Em. - uśmiechnął się popijając whiskey. Przytulił mnie a ja nawet go nie dotknęłam.
  Już do tego przywykł... że nie lubię dotyku mężczyzn.

  Na dole czekała już na mnie rozradowana Amy, Stefan i Nathalie. Byłam zaskoczona, Zdążyli ją powiadomić. Miała dwójkę dzieci, bliźniaki. Spały na kanapie w moim domu - nie mogłam teraz go sprzedać. Na szczęście nie zdążyłam.
  Siedziałam na krześle słuchając żartów Amy. Zawsze była w tym mistrzynią.
-A pamiętacie jak Emilie ukradła samochód? Policja przyjechała na miejsce zdarzenia i jej nie było! A niby jest taka grzeczna, no aniołek normalnie.
-Ukradłaś samochód? - spytała zaskoczona Nat. - Ile mnie ominęło!
-Samochód jej ex, musiała pojechać do Great Salt Lake by odnaleźć ojca... ale się pokomplikowało.
  Amy nie wypowiadała imienia ''ex''. Nawet nie był ''ex''. Był przelotem. Dzięki tylu aktualnych spraw na głowie miałam czas by się uodpornić na uczucia, te najgroźniejsze dla mnie i najsilniejsze które mogłyby mnie psychicznie osłabić. Nie to, że już nie jestem w stanie kochać. Chodzi o to, że nie chcę być kochana. Unikam tego, eliminuję uczucia i wkładam do jednej z szufladek. Miłość do mojego dziecka rosła i tylko pragnęłam, by przyszło na świat. Szkoda tylko, że ma rodziców jakich ma. I nasze geny zniszczą mu życie, po prostu go zaczną opętywać. Jak demon który pragnie cierpienia i śmierci. Powoli zaczną się problemy, z wiekiem stanie się coraz silniejszy a ja będę musiała go pilnować, uczyć nad tym panować. Cieszę się, że mam przy sobie Amy i Stefana. Pomogą mi w jego wychowaniu, nie będę w stanie sama wszystkiego robić. Chociaż będę się starać.
  Do drzwi ktoś zapukał. Podniosłam się i przyłożyłam rękę do drzwi. Ujrzałam przed nimi Crowley'a. Wzięłam głęboki wdech. Spojrzałam na roześmianych przyjaciół i musiałam wybrać. Albo zaryzykować ich nowe świeżę życie by mnie kryli czy sama zaryzykuję.
  Wyszłam za drzwi patrząc na niego. Zakryłam brzuch koszulą, co niewiele dało.
  Patrzył się w moje oczy jakby czegoś tam szukał.
-Witaj, Emilie. - uśmiechnął się.
  Nic nie odpowiedziałam.
-No nie bądź na mnie zła... - zrobił minę zbitego psa. - Gdzie się ukrywałaś? Hm? Jak uciekłaś i kto cię uwolnił z mojej cudownej, sielankowej klatki?
-Kłamstwo nazywasz sielanką?
-Mogłaś sobie tam żyć bez żadnych zmartwień...
-Z wymyślonym małżeństwem, Samem i jego bratem? Z tym, że Lucyfer został zamknięty a tak naprawdę nie żyje?
-Jak to nie żyje? - zmarszczył brwi.
-Przecież sam go zabiłeś.
-Dobra,dobra, co jak co ale ja go nie zabijałem...
  Wydawał się mówić serio. Jednak nie interesowało mnie to.
-Czego chcesz? - spytałam.
-Wiedzieć, czyj ten bachor. - uśmiechnął się złośliwie.
  Uniosłam dłoń i uderzyłam go o mur domu robiąc delikatny ślad w ścianie. Moje oczy zaświeciły się na biało. Trzymałam rękę patrząc na niego zaciskając zęby.
-To dziecko. I dokładnie wiesz do kogo należy.
-Nie gadaj, że do Deana... - wyrwał mi się.
-Lucyfer wszystko zaplanował.
-Co zaplanował?
-Chciał by to dziecko się narodziło. Żebym ja była matką a Dean ojcem. Maczał w tym swoje moce. Ugrał to jakoś, nie wiem jak.
  Zaskoczony spojrzał na brzuch.
-Siódmy miesiąc? Przecież uciekłaś dwa miesiące temu...
-Rośnie zbyt szybko.
-Kto o tym wie?
-Niebo. - odparłam niewzruszona. - Mam w nich oparcie. Będą mnie chronić do czasu porodu.
-Mówisz tak, jakbyś mi ufała.
-Nie ufam. Ale wiem, że mogę ci to powiedzieć. Jestem na tyle silna, że jestem w stanie ochronić dziecko.
-Dean wie?
-Nie. - nagle rzuciłam nim na koniec podwórka. - I się nie dowie.
-Kurde, spokojnie... Nie uderzę cię dlatego, że jesteś w ciąży! - parsknął i zjawił się przede mną.
-Milcz. Jeśli piekło się o tym dowie, każde piekło w każdej części świata będą kłopoty.
-Czyżbyś sądziła, że jestem aż takim plotkarzem?
-Po prostu daj spokój i zajmij się swoimi problemami i Deanem, który rozpieprzy niedługo twoje piekło.
-Nie chcesz go ratować? - spytał znów robiąc minę zbitego psa.
-Nie. Jest dorosły. Sam o siebie zadba. Ja mam swój problem. - zamknęłam mu drzwi przed nosem i wróciłam do znajomych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz