Siedziałem w barze i piłem piwo, byłem sam, obserwowałem jak istoty
nad naturalne przechadzają się pośrud ludzmi a ci nawet o tym nie
mają najmniejszego pojęcia, te dwa światy w jakiś sposób się zasymilowały,
niestety nie jest to dobre połączenie, z czasem ludzi ubywa coraz więcej,
potwory pozwalają sobie na zbyt wiele, owszem istnieją łowcy by tępić
to ścierwo i całkiem nieźle sobie radzą, ale ich też ubywa, nikt nie chce
poświęcić całego życia dla sprawy, bo łowcą nie da się zostać gdy się tego chcę
po ukończeniu studiów czy wychowaniu dzieci, łowcą zostaje się zazwyczaj z wyboru,
odziedzicza się to w rodzinie, to jest ciągła nauka, wrodzone zachowania i instynkty,
które trzeba szlifować lata. A jak się już nim zostanie to nie da się od tego odejść,
tak już jest, kto był w takiej sytuacji to wie.
Pierwszy raz spotkałem się z sytuacja gdy łowca staje się tym na co się poluje,
pogubiłem się i nie wiem co mam zrobić, może teraz gdy juz panuje nad sobą powinienem
wrócić do zawodu?
Odstawiłem pusta butelke i wyszedłem na zaplecze, brud, smród i stęchlizna, poszedłem
w stronę parkingu gdzie stała impala. Nagle zajechał mi drogę mój własny samochód,
ktoś siedzący w nim zrzucił na mnie łańcuchy a od tyłu ktoś zarzucił mi na głowę torbę,
czy ja właśnie zostałem porwany ? Usłszałem pisk opon mojej maleńskiej, i ukłucie w
ramie, po chwili słyszałem również astyckie zaklęcie egzorcyzmowe.
Poczułem nagłą wściekłość, szepnąłem raz, drugi, trzeci łańcuchami aż w końcu puściły,
czułem jak błyskawicznie płynie krew w moich żyłach, jak bardzo chcę zabić,
łańcuchem przydusiłem kierowcę, a pasarzera siedzącego koło niego złapałem za kołnierz i wybiłem
jego głową szybę, wszystko to trwało chwilę a na końcu słychać było tylo pisk jak przy zakłóceniach
magnetycznych, gdy ustał zorientowałem się ,że kierowca rozbił moje auto.
Wysiadłem wściekły i otworzyłem drzwi ze strony kierowcy, który był nie przytomny, zarośnięty
a na głowie miał gniazdo, nie włosy. Zapałem go za kłaki i wyrzuciłem z auta, stanąłem nad
nim i własnie chciałem mu rozdeptać głowe gdy wiatr rozdmuchał jego włosy i zrozumiałem ,że
to był Sam... Uklękłam na ziemi i sprawdziłem puls, żył szybko jeszcze spojrzałem na stan pasażera
ale dla niego było już za późno. Wsadziłem Sama do impali na tylnie siedzenie i już byłem w drodzę
do szpitala. ,,Trzymaj się stary" Przed nami został jeszcze ostatni kilometr, ale
coś zwróciło moją uwagę gdy spojrzałem w lusterko tylnie które było skierowane na brata,
jego żyły stawały się czarne a on sam badł w ekspresowym tępie, wtedy zrozumiałem ,że
w szpitau mu nie pomogą zmieniłem trasę na bramę do piekieł.
Wbiegłem z Samem na rękach do komnaty tronowej gdzie Crowley właśnie sprzątał 7 zwłok.
Położyłem brata na stole do rozciągania kończyn bo był najbliżej.
-Musisz mu pomóc
Crowley podszedł powoli do Sama
-Łoś?
-Sam
-Co się stało?
-Wypadek, chciał mnie egzorcyzmować, za wiele nie pamętam.
Crowley odchylił kołnież od kórtki Sama (swojja drogą skąd on ją wytrzasnął, wygladała tak jakby zwinał
ją jakiemuś lumpowi)
-A pamiętasz to ?
Crowley pokazał mi ugryzienie na szyii sama to od tego miejsca wydobywał się czarny kolor, ugryzienie było
też na ramieniu, i teraz też dopiero dostrzegłem ,że był strasznie podrapany, nie krwawił bo czarna
maź zakrzepła.
-Nie, tego nie. Możesz mu pomóc?
-Owszem mogę, ale
-Jakie ale ?
-Jestem królem piekieł to czysty interes. A wiec jak zapewnisz mi ochronę pewną niei tykalność,
-Boisz się czegoś?
-Nie, ale jak ja będę w kiepskim stanie to Sam umrze, to tak na wszelki wielki
-Dobra
Rozejrzałem się po sali przelotnie oglądając ciała.
-A tu co się stało?
-Tępienie słabych jednostek
Crowley pstryknął palcem i ciała zniknęły, Sammy też.
-Daj mi chwilę - i zniknał
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz