poniedziałek, 30 maja 2016

Od Emilie

  Gdy Klaus wczołgał się do mieszkania walnął się obolały na kanapę. Za jakiś czas powinien zacząć normalnie chodzić, na razie jad krąży w jego żyłach, a więc trudno będzie mu funkcjonować. Stałam nad stołem w kuchni i ładowałam bronie. Klaus uważnie się mi przyglądał.
-Jak wyszkoliłaś tego kundla? - spytał.
-On ma imię. - odparłam oschle. - Zajęło mi to trochę. Poza tym nie wiem w jakim celu, ale ktoś nas połączył. Wiesz, to jak połączenie anioła z człowiekiem.
-Jak w przypadku twojej siostry, ta?
  Zamilkłam. To było tematem tabu. Od dziś.
  Trzasnęłam magazynkiem o stół.
  Ona żyje. Musi żyć. Nie ma innej możliwości. Nikt nie wmówi mi, że jest inaczej choćbym zobaczyła ją martwą w trumnie.
-Od dziś kończę się rozklejać. - oświadczyłam.
-Wierzę. I to jeszcze jak. Tylko mogłabyś przestać mi grozić? Czuję, że zacznie mnie to z czasem męczyć...
-To przestań mnie wkurzać bo będziesz kulawy do końca swojego marnego życia.
-Ale przy rodzicach się rozkleiłaś.
-Przytuliłam ich, to normalna reakcja. Ojciec i tak wyjeżdża, ale najwyraźniej po pogrzebie. A mama? Ona się załamie. Pieprzony Eryk i jego chore zasady anioła. Jeszcze raz sprawi przykrość mamie i tacie...
-Tak ogólnie... to wiesz, że Gabi sprawiła wam największą...
-Nie waż się nawet tak mówić, rozumiesz? - wycelowałam w niego pistoletem. - Milcz.

  Nadal ślepo wierzyłam w to, że Gabi jeszcze żyje. Zbliżał się dzień pogrzebu. A ja czułam się jakbym szła na chwilowe pożegnanie z nią. Wiedziałam, że ona wróci. Musi wrócić. Nie uroniłam ani jednej łzy na myśl o niej. Oddając się pracy zmieniałam się na taką, która nic a nic nie czuje. Tylko nienawiść do Crowley'a i innych istot. Gdy myślałam o nim aż się we mnie gotowało. Coraz mniej znosiłam myśl, że sobie tam wygodnie przesiaduje wiedząc co się stało z Gabi.
  Nawet jeśli sam Crowley powiedziałby mi, że siostra nie żyje, ja nie jestem w stanie w to uwierzyć. Jestem dalej przekonana, że żyje.

  Nadszedł dzień pogrzebu. Ubrałam czarną sukienkę i szpilki. Nie zbliżałam się do trumny. Stałam z daleka od wszystkich ludzi, na szarym końcu. Ojciec nie uronił ani jednej łzy. Mama wręcz przeciwnie. Była załamana. Jednak nie zdziwiło mnie zachowanie ojca. Cierpiał ale wewnętrznie. Zawsze tak było. Nigdy nie uronił łzy. Brałam z niego przykład. Jak zawsze.
  Uciekłam do lasu zaraz po mowie księdza. Zdjęłam szpilki i pobiegłam w głąb, rozmazałam makijaż, zaczął padać deszcz. Usiadłam na mokrej już trawie pod drzewem i powstrzymywałam się od płaczu. Jestem silna. Dam radę. Muszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz