czwartek, 26 maja 2016

Od Jansen'a

Obudziłem się w celi, cała była wykonana z kamienia, ściany były nieregularne i wypukłe,
w niewielkim pomieszczeniu panowała ciemność i przeraźliwy chłód. Leżałem na ziemi,
po chwili powoli wstałem i stanąłem przy pionowym kratach.
-Halooo!
Nagle dostrzegłem jak otwierając się drzwi, były na wprost mnie, wcześniej ich nie wiedziałem,
było zbyt ciemno. Przez otwierane wrota wpadało mocne białe światło, zmrużyłem oczy i próbowałem dostrzec osobę wchodzącą. Minęła dłuższa chwila gdy przyzwyczaiłem w końcu oczy.
Tą tajemniczą osobą był Crowle'y. Stał teraz przed mną z rękoma w kieszeni, rozejrzał się
po pustej celi oceniająco i spojrzał na mnie.
-Wyspała się królewna ?
-Co?
-Spałeś kilka ładnych dni.
-Co się stało?
-Nie wiem, dla bezpieczeństwa zabrałem cię tu.
-A Castiel ?
-Pomaga twojemu bratu. - przerwał na chwilę po czym dodał elokwentnie podnosząc rękę do góry z wyciągniętym palcem wskazującym do góry - Gabi nic nie jest, a Emilie w sumie też jeszcze żyje.
-Jak to jeszcze ?!
Otworzyłem kratę co bardzo zdziwiło Crowley'a. Poszedłem szybkim krokiem przed siebie,
-Muszą do niej iść
-Jak nawet nie wiesz gdzie jej szukać
-Zawsze wiem
Czułem ,że nabrałem siły przez te pare dni, wiedziałem ,że mogę kontrolować to coś we mnie i z tego
korzystać bez obaw. Spróbowałem przeteleportować się do Emili lecz coś mnie zablokowało,
spróbowałem inaczej, pojawiłem się w jej podświadomości, przytuliłem jej strach, wypędziłem lęk
i gdy się uspokoiła mogłem nawiązać z nią kontakt.
-Emilie ? Jestem przy tobie, co się dzieje ?
Nie uzyskałem odpowiedzi, ale wiedziałem ,że to usłyszała. Se dziewczyna znalazła czas na focha.
-Powiedz gdzie jesteś. Przyjdę po ciebie.
Wróciłem świadomością do Crowle'ya.
-I jak ?
-Nie mogę do niej pójść
Crowle'y wyciągnął rękę w moją stronę, przyłożył ją do czoła i nagle coś we mnie przygasło.
-Co zrobiłeś ?
-Jestem królem piekieł, znam kilka sztuczek.
Przytaknąłem w jego stronę i znów spróbowałem się preteleportować, tym razem się udało.
Pojawiłem się w ciemnym pomieszczeniu, łudząco przypominało moją cele, ale było większe i pełniejsze.
Emilie wisiała z rękoma uniesionymi do góry i przypiętymi łańcuchami, jej głowa bezwładnie
opadła. Dostrzegłem też krew na nadgarstkach, próbowała się wydostać.
Podszedłem do niej, przesunąłem dłonią po jej policzku w stronę szyji i powiedziałem cicho.
-Tęskniłem
Nie odpowiedziała, nawet się nie ruszyła, była wykończona. Zabrałem się za jej kajdanki, jedne puściły
później drugie i te u nóg, wziąłem ją na ręcę gdy nagle do sali wszedł jakiś koleś,
nie był zbyt sympatyczny, jego myśli nie były poukładane i czyste z resztą tak jak jego ubiór.
Stał zdębiały i się patrzył dłuższa chwilę a później zaczął kogoś wołać ale ja już zdążyłem
zniknąć razem z tą małą nie przytomną niezdarą.
Położyłem ją na łóżku w jednym z moteli i usiadłem obok na krześle przyglądając się jej.
Nie musiałem długo czekać, Crowley pojawił sie 3 min później.
-Może dziękuje jakieś ?
Spojrzałem się na niego zły
-No co ? - rozłożył ręcę
-Jakbyś mnie obudził nic by się nie stało
-Ej, leżałeś nieprzytomny w zatęchłej norze to cię wziąłem i przygarnąłem ze wzglądu na stare lata
-Lata?
-Dobra miesiąca
-Co z lucyferem ?
-Wszystko gra, nic sie nie zmieniło.
-Ledwo pamiętam co się działo przed tym gdy odpłynołem
-A tak w ogóle to Sam Cię chyba trochę potrzebuje
-Co mu jest ?
-Obrywa za to co ty zrobiłeś
-Sam się musiał w to wmieszać, ja go o nic nie prosiłem.
Nagle Emilie się poruszyła, bardzo powoli ogarnęła gdzie jest i usiadła opierając się o ścianę łóżka.
-Jansen ?
-A spodziewałaś się kogoś innego ?  - uśmiechnołem sie szeroko i podałem jej wodę - wszystko gra ?
-Gdzie byłeś ?
-Długa historia
-A emm.. wydaje mi się ,że skimś rozmawiałeś.
Po tych słowach się zorientowałem ,że Crowley zniknął
-Przez telefon rozmawiałem z dobrym przyjacielem, wirze mu przysługę.
Skwasiła minę, i już czułem jej zirytowanie.
-Znów znikniesz ?
-Ej. To nie fer, wiesz ,że
-Taaa... ciesze się ,że jesteś
Przytuliłem ją a ona to odwzajemniła, lekko posykując z bólu po kajdankach. Położyłem się z nią,
nie puszczając jej z uścisku...


Później


Wyszedłem z kuchni niosąc kolację dla Emilie, położyłem jej ją na łóżku, pocałowałem ją w czoło,
ona się na mnie patrzyła wielkimi oczami.
-To ja zaraz wrócę, nie czekaj - dodałem wychodząc
Za drzwiami usłyszałem westchnienie i słowo ,,typowe" zabolało bo nie jestem wcale typowy, jestem
seksi.
Przeniosłem się do baru w Kansas, zamówiłem piwo i przyglądałem się z daleka jednemu typowi,
w sumie dwóm po pewnym czasie. Zauważyłem ,że jeden śledzi drugiego, ten pierwszy też
musiał wiedzieć ,że jest śledzony, zbyt dobrze go znam i wiem ,że jest wybornym łowcą.
Musiałem nieźle się naczekać by w końcu ten który śledzi wyszedł na zewnątrz gdzie nikogo nie ma.
Wyłoniłem się na światło padające z lampy ulicznej i wtedy mnie ten typek zauważył.
Pamiętałem go... jego rodzice zamienili się w wampiry i zabiłem ich w domu nie zauważając ,że
dzieciak patrzy, on był czysty wiec go po prostu zostawiłem w tym domu, też byłem młody to wydawało mi się najrozsądniejszym posunięciem.
-Juz wiem jak cię zabić, pomszczę moją rodzinę
-Koleś odpuść
-Nigdy !
-Oni byli wampirami, musiałem
-nie musiałeś ! mogłeś ich odmienić.
-Trudna sytuacja sprawiła ,że nie mogłem tego zrobić.
Nagle rzucił sie w moją stronę z mieczem.
-Nie chcę cię zabijać - powiedziałem gdy jeszcze był kawałek od mnie - ale jak będę musiał to zrobię to,
wiem ,że torturowałeś Sama.  - Koleś podbiegł do mnie i wziął zamach już miałem się go pozbyć gdy
drzwi od baru otworzył Sam i powiedział.
-Nie !
Koleś się nie zatrzymał, ciachnął raz drugi aż i tak w kółko ja tylko omijałem jego ciosy ,aż w końcu
pojawiłem się na dachu gdzie mnie nie sięgnie.
-Masz dziecko i żonę, jak nie przestaniesz to umrzesz
-Już to słyszałem, jesteś jak powtórki na Polsacie
-Potrzebują cię
Było ciemno, alejkę spowijała lekka mgła dająca niezwykły efekt tej scenie, światło żołtej
lampy ulicznej jeszcze to podkreślało, Sammy spokojnie przypominał kolesiowi o rodzinie i
obowiązkach ale ten nie odpuszczał wtedy podnosząc tylko nadgarstek do góry i skręcając go w prawo,
skręciłem kark napastnikowi.
Sam przerażony spojrzał się na ciężko opadające ciało, podbiegł do niego sprawdził puls i spojrzał
się na mnie zły.
-Jak mogłeś !? Już odpuszczał!
-Taa i za rok znów by nam głowę zawracał - zastanawiałem się po co Crowley mówił mi ,że Sammy ma kłopoty jeśli tak nie było, ten koleś ? Zwykły człowiek, maniak na spokojnie bracina dał by sobie radę z nim.
-Dean!
-Wypełniłem swój braterski obowiązek.
Zeskoczyłem na proste nogi z dachu, teraz stałem przed samem twarzą w twarz.
-Nie poznaje cię
-To ja Sammy - uśmiechnąłem się
-Wiesz ,że nie... możemy to zmienić
-Nie możemy, i powtarzam trzymaj się z daleka następnym razem pojawię się tylko po to by cię zabić.
-Tchusz ! - dodał gdy już miałem znikać
-Robię to co słuszne, nie mogę się tego pobyć, nie chce cię skrzywdzić, mogę tego użyć do walki,
izolacja od ciebie jest naszym wyjściem z problemu.
-Ale ty Dean zabijasz
-Wszystko ma swoją cenę
-Znajdę cię, Dean i...
Przerwałem mu
-wtedy to będzie nasze ostatnie spotkanie
Zniknąłem i pojawiłem się przed drzwiami pokoju do motelu gdzie zostawiłem Emilie,
miałem wchodzić nawet już trzymałem klamkę ale zatrzymała mnie myśl o tym ,że zauważyłem jeden mały ale istotny szczegół, wcześniej nie mogłem się powstrzymać od zabicia Sama, sąsiadów i wszystkich ludzi, było to ciężkie, ale w trakcje tego spotkania, nie chciałem zabić Sammiego ja czułem coś czego już dawno nie czułem, coś typu troski, dzięki temu zrozumiałem teraz wiedziałem ,że to co czuje do Emilie to nie tylko pożądanie ale i troska. Nie chciałem sobie robić nadziei na przywrócenie dawnego mnie ale mała iskra się pojawiła, oby szybko zgasła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz